Miłość to gesty, codzienne małe czułości, pocałunki bez powodu, przytulanie na dzień dobry i ekstatyczny seks na dobranoc.
Miłość to współdzielenie, współodczuwanie i współprzeżywanie. To wspólne plany, cele i sukcesy.
Według psychologa Iry Reissa, miłość składa się ze wzajemnego zrozumienia, ujawniania siebie, wspólnego realizowania potrzeb i wzajemnej zależności. Zastanówmy się przez chwilę, czy ma rację – i czy to właśnie definiuje doskonałą miłość i idealny związek.
Nikt chyba nie będzie negował, że wzajemne zrozumienie jest niezbędne. Tylko w ten sposób możemy doceniać wszystko, co jest pozytywne w naszym partnerze, ale też tolerować to, czego sami nie lubimy. Zrozumienie daje nam siłę, by rozumieć intencje, motywacje i powody – dlaczego ktoś robi to, a nie coś innego.Nasza empatia jednak nie może być jednostronna. Niezbędna jest symetria, w której zrozumienie i porozumienie są wzajemne.
Druga cecha to ujawnianie siebie. Czy można być szczęśliwym w związku, gdzie nie możemy pokazać swojego prawdziwego „ja”? Gdzie musimy nosić maskę, która chroni nas przed bolesną oceną?
Udawanie kogoś, kim nie jesteśmy, zdecydowanie nie jest receptą na sukces.
Oczywiście – działa to w dwie strony. Nie tylko ja pokazuję swoją prawdziwą twarz, ale Ty pokazujesz mi swoją.
Autentyczność w związku jest niezbędna. I jeśli pracą nad związkiem jest pełne ujawnienie się przed partnerem, to też pracą jest odkrycie prawdziwego „ja” partnera.
Tylko wtedy słowa „kocham Cię” będą płynąć z serca do serca.
Trzecia cecha miłości to wspólne realizowanie potrzeb – i nie chodzi tu tylko o zakupy czy wybór kierunku wakacji.
Przede wszystkim chodzi o nasze głębokie, wewnętrzne potrzeby psychologiczne.
Każdy, bez wyjątku, wchodzi w związek mając już pewne doświadczenia, które wpływają na jego oczekiwania. Relacje z rodzicami i późniejsze doświadczenia z ważnymi dla nas ludźmi wpływają bezpośrednio na to, co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi – albo przeciwnie – budzi w nas lęk, gniew czy smutek. Oboje niesiecie jakiś bagaż doświadczeń, więc wspólne dbanie o siebie to dbanie o nasze jednostkowe i wspólne szczęście.
I wreszcie wzajemna zależność – brzmi może nieco szorstko, ale nie dajmy się zwieść pozorom.
Każdy związek przeżywa wzloty i upadki. Są dobre chwile i są kryzysy.
Wzajemna zależność to coś więcej niż tylko deklaracja „na dobre i na złe” – to decyzja, że jesteśmy ze sobą na serio, na długo. To wyznanie miłości. Mam nadzieję.
Zależność to teamwork, w którym zarówno Ty, jak i ja wnosimy po równo do związku – i nikt nie uważa, że jego wkład jest większy. Ja trochę zależę od Ciebie, ale też Twoje szczęście trochę zależy ode mnie.
Czy to jednak w pełni aktualne? Czy zależność musi być, może być, czy może nie ma znaczenia?
Wybierz opcję, która Ci odpowiada. Każda odpowiedź jest dobra – bo jeśli trzy wcześniej wymienione cechy są obecne, zależność prawdopodobnie nie jest niezbędna.
Dziś było o miłości i związku ogólnie.
W kolejnych postach będzie więcej o miłości i związkach w szczegółach, detalach – i o tym, dlaczego miłość jest największym skarbem w naszym życiu.
Ktoś kiedyś powiedział, że w dobrym związku dwie osoby stoją oparte o siebie plecami, a twarzą zwrócone do swoich części świata. Myślę, że tylko po części to prawda. Jeśli szukamy stabilności i razem budujemy coś, czym dzielimy się ze światem – to tak, to prawda.
Niemniej jednak na początku związku, zanim znajdziemy oparcie i pewność – zwracamy się do siebie twarzami i całymi ciałami. Poznajemy się na różnych poziomach. Odkrywamy, co ona lubi, co jego ekscytuje i napędza. Szukamy naszego wspólnego sposobu na bycie razem.
Potem, gdy fundament jest już gotowy i mija jakiś czas – możemy iść wspólnie przez życie, odkrywać razem i razem się cieszyć. Dlatego wolę metaforę pary, która idzie ze sobą za rękę w stronę słońca.
On nie ciągnie jej za sobą, ani też ona nie idzie krok przed nim. Idą razem – krok w krok, blisko siebie, czując swoje dłonie, czując jej ciepło i jego ramię. Razem wobec świata, radości i przeszkód, sukcesów i wyzwań. Ku słońcu.

Share: